Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej, reż. Maria Sadowska

Twórcy Bogów postanowili polskim widzom przybliżyć sylwetkę kolejnej przełomowej postaci II poł. XX wieku: Michaliny Wisłockiej, którą sama w sobie była rewolucją seksualną w PRL-u. Ponoć dzięki niej kobiety przestały traktować seks jako przykry obowiązek małżeński, mężczyźni musieli nie tylko brać, ale i dawać przyjemność, a ogólnie miało to służyć ratowaniu wielu małżeństw, dla których seks jest jednym z ważniejszych elementów relacji między małżonkami.

Film wyreżyserowany przez Marię Sadowską koncentruje się na dwóch wątkach: biograficznym i społecznym. Pierwszy zasadniczo realizowany jest przez retrospekcję, przedstawiającą Michalinę Wisłocką od okresu dziewczęcego, przypadającego na czas II wojny światowej po końcówkę lat 60., kiedy dowiaduje się o śmierci kochanka, bodajże jedynego mężczyznę, z którym zaznała przyjemności seksualnej. Historia Michaliny Wisłockiej nie jest wesoła, jej związek małżeński z czasem przekształcił się w trójkąt dzielony z Wandą, przyjaciółką Miśki. Co zaważyło na późniejszej opinii publicznej o Wisłockiej i stało się przyczyną jej późniejszych konfliktów z władzą, która nie chciała wyrazić zgody na publikację jej Sztuki kochania. Temu aspektowi poświęcony jest wątek bardziej współczesny, w którym Wisłocka jawi się jako dobra wróżka wszystkich kobiet, niezaznających szczęścia w swoich związkach. Wisłocka była zaangażowanym ginekologiem i seksuologiem, która prawdopodobnie dzięki temu, że miała zespół Aspergera (o czym mówi jej książkowa biografia), miała odwagę mówić głośno i bez skrępowania o sprawach intymnych oraz walczyć o szczęście nie tylko kobiet, ale i małżeństw.

Jeśli chodzi o ocenę całego filmu, na pewno nie jest to dzieło dorównujące Bogom, czego zresztą nie oczekiwałam. Mimo to Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej jest filmem całkiem dobrym, głównie za sprawą Magdaleny Boczarskiej, której znakomicie udało się oddać barwność postaci Wisłockiej. Niewątpliwie jest to jedna z ciekawszych kreacji w dorobku aktorki. W recenzjach pojawiło się sporo zarzutów wobec filmu, z częścią z nich się zgodzę, część jest dla mnie owocem kompletnego niezrozumienia tytułu i kontekstu.

Nie zgodzę się z tym, że połączenie dwóch planów filmowych: dotyczącego przeszłości Wisłockiej i tego związanego z jej aktywną społeczną działalnością to niefortunny pomysł. To pokazuje przede wszystkim osobę, jaka kryła się za tą kolorową i odważną seksuolog. Dowiadujemy się, jakie ona miała doświadczenia seksualne (zarówno złe, jak i dobre), dzięki którym zaczęła walczyć o szczę…, to zbyt eufemistycznie brzmi, o orgazm kobiet. Faktem jest, że realizacja połączenia obu tych wątków jest miejscami kaleka, ponieważ w momencie, kiedy obie historie zbiegają się w jednym czasie, nie wiemy, czy informacja o śmierci Jerzego to klatka ze współczesnego wątku czy retrospektywnego. Tylko w tym jednym momencie te granice się zacierają. Natomiast zarzut, że problem z rozeznaniem się w czasie akcji danego kadru wynika z braku zróżnicowania w charakteryzacji głównej bohaterki świadczy jedynie o niezauważaniu przez recenzenta detali istotnych dla każdego filmu: fryzur i kostiumie. (Chyba nie zdziwi nikogo, że autorem powyższej uwagi jest mężczyzna). Muszę jednak zgodzić się z uwagą innych odbiorców filmów, że poruszony wątek relacji Michaliny z córką jest faktycznie niedopowiedziany. Podobną niejasność budzi jedna z pierwszych scen filmu, w którym Michalina z wąsatym brunetem kochała się pod prysznicem w jednej z pierwszych scen. Kim ten mężczyzna był i z którego etapu życia pochodził? Bo nie był to ani mąż Stanisław ani Jerzy.

Jedni recenzenci zarzucają, że w filmie jest za mało miłości, inni, że za mało seksu. Niedomiar jednego i drugiego obrazuje główny temat filmu, który jest historią żmudnej walki o to, by w peerelowskim społeczeństwie było więcej seksu i miłości. Ta zmiana ma nastąpić po rozpowszechnieniu się książki Sztuka kochania, a że akcja filmu kończy się na jej wydaniu, to nie rozumiem powyższych zarzutów. Pokazanie seksu w wymiarze codzienności byłoby fabularnym zaprzeczeniem potrzeby wydania tej książki. Wydaje mi się, że wielu recenzentów, zarzucających między innymi brak odważnych scen seksu, oczekiwało, że film będzie sam w sobie realizacją postulatów Wisłockiej – jakby zapomnieli o drugim członie tytułu, mówiącego, że będzie to historia o kobiecie, która walczyła dopiero o możliwość, a potem o realizację jej postulatów. Nie wiem, dlaczego pewnemu recenzentowi tytuł zasugerował, że będzie to film przede wszystkim o miłości w wymiarze emocjonalnym. To sugeruje, że autor recenzji nie wie, czym jest Sztuka kochania. Choć dzieło Wisłockiej mogło współczesnym młodym widzom nie być znane, to chyba każdy słyszał o dziele Owidiusza, do którego tytuł książki Wisłockiej jawnie nawiązuje. To przede wszystkim poradnik seksualny. Oczywiście, jestem jak najdalsza od stwierdzenia, że seks i miłość to dwie zupełnie różne sprawy. Niemniej jednak zarówno książki Sztuka kochania i film koncentrują się na tym fizycznym wymiarze okazywania uczuć niż psychiczno-emocjonalnym.

Jak już jestem przy książce Sztuka kochania, odniosę się do uwagi innego krytyka, który stwierdził, że ten film jest niesmaczną reklamą nowego wydania – powiedziałabym, że końcówka świetnie podkreśla ciągłość historyczną, od peerelowskiej rewolucji do współczesnej obyczajowości, dla której wznawiany poradnik seksualny jest już, podobnie jak dzieło Owidiusza, tylko ciekawym artefaktem obrazującym świadomość seksualną polskiego społeczeństwa sprzed 50 lat. Jeśli film miałby coś wypromować, to bez wątpienia tym czymś są Lubniewice, piękna miejscowość położoną nad jeziorem Lubiąż w województwie lubuskim – aż chce się tam jechać. Tymczasem spokojnie możecie wybrać się do kina i nie żałować czasu ani wydanych pieniędzy na bilet.

Ocena: 7/10

Za zaproszenie dziękuję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *