Przedpremierowo: Powrót Bena, reż. Peter Hedges

Premiera 11 stycznia!

Wszystkie opowieści o narkomanach i narkotykach potwornie mnie nudzą. Począwszy od Pamiętnika narkomanki, którego lektura mogłaby zastąpić u mnie narkozę, przez Herę moją miłość, na serialach o Pablo Escobarze i mu podobnych skończywszy. Pozytywnym skutkiem tej przypadłości było całkowite zniechęcenie mnie do zażywania tego rodzaju środków, bo nie ma nic gorszego w życiu niż nuda. Tyle mojej osobistej dygresji, która pojawiła się tu z jednego powodu. Powrót Bena okazał się wyjątkiem od powyższej reguły. To film, który wzbudził we mnie wiele emocji i trzymał w napięciu do samego końca.

Dystrybucja tego tytułu w kinach przypada na dobry okres, gdyż nasza przestrzeń jeszcze nie uwolniła się od ozdób świątecznych, a akcja fabuły rozgrywa się w Wigilię Bożego Narodzenia. Tego dnia po świątecznych zakupach rodzina powraca do domu, a przed nim stoi młodzieniec, którego nie spodziewali się ujrzeć. To Ben, syn i brat, którego mieli następnego dnia odwiedzić na odwyku. Matka, widząc syna, wydaje się przeszczęśliwa – wszak marzyła, by święta spędzić z nim, mimo że w poprzednich latach jego obecność przyczyniała się do domowej katastrofy. Mocno zaniepokojona Ivy, starsza siostra Bena, postanawia reagować i dzwoni do Neila, ojczyma. Ten w przeciwieństwie do żony wydaje się racjonalnie myślącą osobą. Po długich dyskusjach dochodzą do kompromisu: po negatywnym wyniku badania na obecność narkotyków, Ben może zostać w domu na 24 h, ale będzie wszystko robił pod czujnym okiem Holly. Wiara w spokojne święta od samego początku wydała się naiwna, ale Holly nie spodziewała się, że ta świąteczna noc, przyniesie jej tyle trudnych doświadczeń.

Z jednej strony fabuła jest dosyć prosta, czas akcji nie przekracza jednej doby, a głównym tematem jest sprawdzanie, czy Ben przetrwa próbę i nie sięgnie po narkotyki, nie narobi zamieszania. Z drugiej zaś strony kamera równie dobrze mami widza, jak Ben oszukuje matkę. W pewnym momencie nasza uporządkowana wizja przebiegu ostatnich godzin rozpada się, by uświadomić sobie, że widzieliśmy wszystko tak, jak Ben chciał, byśmy widzieli. By wydał się w naszych oczach wiarygodny – w ten sposób lepiej zrozumiemy postawę Holly, matki, która wielokroć obdarzyła syna zbyt wielkim zaufaniem. Wierzyła w niego, jak i my przed ekranem kibicowaliśmy jego poprawie. I to nasze kibicowanie sprawiło, że większość filmu śledziliśmy z zapartym tchem, spodziewając się najstraszniejszych rozwiązań fabularnych, które na szczęście nie wystąpiły. Ale dobry dreszczowiec wcale nie musi eksponować brutalność scen, grunt, że działa na naszą wyobraźnię – wówczas jest satysfakcjonujący.

Duży wpływ na odbiór filmu miała gra aktorska, głównie Julii Roberts, która odegrała wszelkie emocje i dylematy matki: miłość, tęsknota, słabość, rozpacz, bezradność i wściekłość. Holly to postać, którą rozumiemy, której współczujemy i kibicujemy. Była kreacją niejako kontrastową dla Neila (Courtney B. Vance), rozważnego, zdystansowanego, choć zarazem niepozbawionego krzty zrozumienia dla małżonki. Trudno natomiast rozgryźć Bena (Lucas Hedges), tajemniczy, z jednej strony wrażliwy, wycofany, z drugiej zaś agresywny. Nie jest to jednak pierwszorzędna rola w tym filmie.

Powrót Bena reprezentuje przyzwoite kino, które w angażujący sposób ukazuje złożoność problemu nałogu narkotykowego, dotykającego nie tylko uzależnionych, relacji między nimi, ale też rodziny i całej społeczności lokalnej. Jak szeroko ten problem obejmuje miasteczko, w którym mieszkają bohaterowie, Holly przekonała się dopiero podczas tej wigilijnej nocy, gdy jeździła z Benem od domu do domu, poznając od innej strony kolejnych sąsiadów wciągniętych w ten dilerski światek.

Ocena: 7/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *