Ars Independent: Cleo, reż. Erik Schmitt

Co odkrywczego można napisać o filmie, który przywołuje oczywiste konotacje? Każdy miłośnik kina dostrzeże w Cleo inspirację Amelią czy filmami Wesa Andersona albo europejskimi produkcjami Woody’ego Allena. Innym oczywistym tropem jest umieszczenie Cleo w panoramie filmów o Berlinie, by tu przywołać tylko słynny klasyk Niebo nad Berlinem.

Ten ostatni trop nie wydaje się taki banalny, gdy uświadomimy sobie, że debiutujący Erik Schmitt postanowił odczarować miasto stygmatyzowane przez historię wojen światowych, zimnej wojny, budowy i burzenia muru. Choć wątki historyczne są tu wyraźnie obecne, wśród których najważniejszym jest ten związany z obalaniem muru – moment, w którym rodzi się Cleo – pełnią tutaj inne funkcje. Stanowią one złożony fundament miasta, który dzięki przyjęciu odpowiedniej perspektywy, tworzy jego wyjątkowy, magiczny klimat. Sprzyjają temu bardzo estetyczne z intensywną kolorystyką zdjęcia (szczególnie bajeczny jest tutaj turkusowy pokój dziewczyny – pokój moich marzeń). W baśniową konwencję wpisuje zarówno strona wizualna, łącznie z formalnymi eksperymentami filmowymi z dominacją karykatury i kolażu, jak i sama fabuła, która w ogólnym zarysie jest opowieścią o poszukiwaniu wehikułu czasu.

Cleo trąci banałami, ale ich nagromadzenie oraz ujęcie w ekspresyjnej formie sprawia czyni ten obraz interesującym. Bo z jednej strony mocno wpisuje się w określoną konwencję, z drugiej z nią igra, bawi się, przy okazji ośmieszając i filmowe zabiegi, i pewne zjawiska społeczno-kulturowe. Film jest pełen oczywistych rozwiązań fabularnych, które bawią czy może nawet wzruszają, ale jego oryginalność (mimo licznych i łatwo rozpoznawalnych źródeł inspiracji) tkwi w czymś innym.

Ocena: 7,5/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *