Dzisiaj będzie podwójna recenzja, bo dotyczyć będzie dwóch książek Marii Nurowskiej wchodzących w skład cyklu „Daria”. Cieszę się, że mogłam obie książki przeczytać, jedna po drugiej. I cieszę się, że moje pierwsze spotkanie z twórczością Nurowskiej było takie a nie inne, czyli bardzo udane.
W skład cyklu wchodzą Drzwi do piekła oraz Dom na krawędzi. Uprzedzam, że mogą się pojawić spoilery.


Co mnie zaskoczyło? Powieść, choć przyprawia o ból głowy, kiedy czytelnik za bardzo wczuwa się w ciasne miejsce akcji, czyta się lekko. Nie wiem, jak pisarka to zrobiła, ale ja mając tendencję do zgubienia wątku, nierozróżniania teraźniejszości od retrospekcji, łatwo przeskakiwałam. Choć oddzielały to zaledwie akapity. Jestem pełna podziwu dla autorki, która treścią swojej książki tak przykuła moją uwagę, że nie mogłam się od niej oderwać. Współodczuwałam emocje Darii, choć są one mi obce. Do samej bohaterki nie czułam ani sympatii, ani irytacji. Zresztą kobieta szybko zaakceptowała swoją sytuację, w której potrafiła znaleźć też swoje właściwe miejsce, być autorytetem dla innych kobiet, a nawet Izy, która poczuła do Darii wyjątkową więź (o której sile przekonujemy się w następnej książce). Książka kończy się u progu wolności, ale jak już pisałam, fizyczna wolność to nie wszystko, to nie koniec, lecz początek wewnętrznej walki o wolność psychiczną, uwolnienie się od piętna więzienia, od przeszłości.
Ocena: 5/6

Po wyjściu na wolność więźniowie nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Wielu z nich wraca do celi, bo nie wyobraża sobie innego życia, po tylu latach bytowania w systemie więziennym. Daria nie chce wracać do swojego mieszkania, które przypomina wydarzenie będące początkiem minionego piekła. Po niedługim romansie z sąsiadem, wyjeżdża w góry, w miejsce, w którym była podczas przepustki. Zostaje przyjęta ciepło i powoli układa sobie życie. Adresatem książki jest Iza. Daria, która zmienia swoje imię na Marta, by oderwać się od przeszłości, pisze do swojej wychowawczyni resocjalizacyjnej. Może się to wydawać uzasadnione, że więźniarka po wyjściu na wolność pisze do osoby z więzienia, by opisać jak daje sobie radę. Myślenie czytelnika zostaje zaburzone, kiedy adresat tego długiego listu staje się też bohaterem, w dodatku dramatycznym. Kiedy Marta vel Daria Tarnowska zmierza się z przeszłością, buduje dom na krawędzi, który staje się pensjonatem, Iza zmienia jej życie jeszcze bardziej. Zostawia swoją córkę na przechowanie. Marta, która nigdy nie miała swojej matki i była przekonana, że jest niedojrzała na macierzyństwo, musi stawić czoło i zająć się ośmioletnią dziewczynką, którą wcześniej zajmowała się babcia, bo matka nigdy nie miała dla niej czasu. Marta odkrywa nowe uczucia, które powinna była poznać co najmniej 20 lat wcześniej, gdyby na jej drodze nie stanął Edward. Jednak nie tylko Iza wprowadziła do nowego życia Marty powiew z przeszłości. Na dworcu kolejowym w Warszawie bohaterka spotyka Celinę, jedną z pary lesbijek, zaprzyjaźnia się z Agatą, a w telewizji widzi drugą z pary kochanek, która staje w obronie krzyża.
Obie książki mają wiele wątków autobiograficznych. Maria Nurowska rozstała się kilka lat temu ze swoim partnerem, co bardzo przeżyła i wyjechała w góry, gdzie założyła pensjonat. Choć łączą pisarkę z bohaterką niektóre wątki, to jak zapewnia w tym wywiadzie, obie mają odmienne osobowości.
Dom na krawędzi nie jest mniej dramatyczną książką od Drzwi do piekła, pomimo rzekomej wolności i górskiego klimatu, jakie wprowadza do powieści umiejscowienie akcji w Tatrach i kilku innych ładnych okolicach. Muszę przyznać, że pomimo trudnego tematu, książki czytałam z pewną fascynacją i może dziwnie to zabrzmieć, ale i z niemałą przyjemnością. Przyjemność czerpałam z stylu Nurowskiej, dzięki któremu nie raz jeszcze sięgnę po inne jej powieści.
Ocena: 5,5/6
Obie książki można zakupić na stronie wydawnictwa Znak.
Przeczytane książki wliczam również do sierpniowej edycji trójki e-pik w kategorii literatura polska (pierwsze spotkanie z autorem, którego wcześniej nie czytaliśmy)