#foodporn (Paryż może poczekać, reż. Eleanor Coppola)

Tytułowym hashtagiem podpisuje się apetyczne zdjęcia „obnażonego” z prywatności –  do jakich do niedawna należała ta czynność – jedzenia udostępnionego w serwisach społecznościowych. Na tej modnej praktyce osadza się właściwie cały film Paryż może poczekać, którego fabuła jest tak płytka i nijaka, że potwierdza założenie, że food filmy z kinem pornograficznym łączy to, że opowieść staje się zaledwie pretekstem do pokazania kluczowych dla tego gatunku scen. W przypadku kina kulinarnego są to oczywiście sceny jedzenia. Przy tym oczywiście chcę zaznaczyć, że nie każdy food film ma banalną fabułę, jednak w dużej mierze ta cecha dotyczy większości produkcji amerykańskich (zupełnie inaczej wygląda to np. w kinie azjatyckim, by tu tylko zeszłoroczny Kwiat Wiśni i czerwoną fasolę wspomnieć), do której wlicza się także recenzowany właśnie tytuł.

Obecność social media w filmach staje się coraz powszechniejsza, jakby instagramowe i snapchatowe kadry miałyby już stawać się bardziej realnym oknem na świat niż normalne ujęcia. Media społecznościowe zagościły także w food filmie zatytułowanym Szef, w którym tytułowy bohater zyskał popularności dzięki swojej aktywności na Twitterze. Może to dziwnie zabrzmi, że mówię tu o aplikacjach i serwisach społecznościowych, których tak naprawdę w Paryż może poczekać nie ma, jednak ulubione zajęcie głównej bohaterki Anne, jakim jest fotografowanie wszystkiego, czego doświadcza (a tak się składa, że jest to przede wszystkim jedzenie) przypomina zachowanie „instagramowiczów”, którzy nim skubną posiłek, najpierw uwiecznią go na zdjęciu. Anne wpisuje się w ten model, mimo tego, że zdjęcia pstryka nie za pomocą smartphona, lecz zwykłego, poręcznego aparatu cyfrowego. Dla widza to oznacza, że część doświadczeń bohaterki, jak np. wizyty w muzeum, czy wielodaniowa kolacja w najlepszej restauracji w okolicy, zobaczy w formie pokazu slajdów ze zdjęciami. Gdyby dodać pod nimi serduszko, w które widz mógłby kliknąć, miałby wrażenie, że przegląda kulinarno-podróżniczego Instagrama. Nie jest to z mojej strony żaden zarzut, zwłaszcza, że ujęcia były naprawdę apetyczne i przyjemnie je się oglądało. Jednak idąc na film, człowiek oczekuje jakieś filmowej opowieści, (Instagrama zdążył przejrzeć podczas bloku reklamowego), a tej praktycznie tutaj nie ma.

Może zacznę od tego, czym ten film miał być, w przekonaniu dystrybutorów i innych speców od promocji. Krótki opis na Filmwebie brzmi: „Znudzona swoim życiem żona producenta filmowego razem z niejakim Jacques’em wyrusza w podróż samochodem”. Oddaje to właściwie treść całego filmu, bo to taki francuski film drogi, która rozpoczyna się w Cannes, a kończy się docelowo w Paryżu. Otóż owa żona ze swoim mężem miała po festiwalu wyjechać do Paryża na wakacje, jednak Michael dostaje ciekawą propozycję w Budapeszcie. Wstępnie Anne miała jechać z nim, ale z powodów zdrowotnych (ból uszu) rezygnuje z tego na rzecz natychmiastowego wyjazdu do Paryża. Francuski wspólnik producenta, Jacques, którego znają od wielu lat, ofiaruje się, że zaopiekuje się żoną i zawiezie ją do stolicy Francji, wszak sam ma tam sprawy do załatwienia. W praktyce okazuje się, że Jacques, jak to Francuz zamierza pięknej Anne pokazać niemniej cudowną Francję – tak więc zamiast jechać bezpośrednio do Paryża, zatrzymują się tu i ówdzie, by zachwycać się widokami, zabytkami oraz przede wszystkim narodową kuchnią. Na tym ostatnim bowiem Jacques zna się znacznie lepiej niż na samochodach.

Powyższy zarys fabuły, jak i zwiastun sugeruje, że mamy do czynienia z komedią romantyczną. Przecież czarujący Jacques, „w tych przepięknych okolicznościach przyrody” wydaje się znakomitym kochankiem, który mógłby zastąpić wiecznie zapracowanego męża. No teoretycznie tak. W rzeczywistości film w żadnym razie nie realizuje konwencji gatunkowych. Romantyczności w tym tyle, ile potrafią skrywać francuskie krajobrazy i malarstwo albo wykwitna kolacja w towarzystwie kilku butelek wina. Potencjał jest, ale musi być coś więcej. Prawdę mówiąc, to postać Jacquesa wcale romantyczna nie jest, bo po pierwsze od początku nie kryje się ze swoimi zamiarami względem Anne, po drugie ta akcja z kartą kredytową prowadząca do tego, że za wszystkie hotele i restauracje (wybrane przez Francuza) ostatecznie płaci żona producenta, stawia naszego amanta w niezbyt korzystnym świetle.

Najczęstszy błąd twórców komedii romantycznych tkwi w tym, że zapominają o pierwszej części kategorii filmowej. Rzadko komedie romantyczne są zabawne. I tu niestety ten problem się powtarza. Osobiście uśmiechnęłam się chyba raz, kiedy Anne naprawiając samochód Jacquesa, strzeliła ripostę, że on owszem na motoryzacji się nie zna, bo to nie ma żadnego związku z jedzeniem. Pozostali widzowie na sali parę razy zaśmiali się na początku filmu, ale w połowie chyba też zapomnieli o tym, że oglądają komedię.

Ostatnia rzecz, jaka ze strony marketingowców jest nieuzasadniona, to promowanie filmu nazwiskiem Aleca Baldwina, który gra Michaela, fizycznie obecnego tylko przez pierwsze 5-10 minut filmu. Przez jakiś czas miałam wątpliwości, czy może pomyliły mi się twarze i rzeczywiście to Jacquesa gra Baldwin, ale nie, odtwórcą głównej męskiej roli jest Arnaud Viard – zbyt mało znane w Polsce nazwisko było mogło zająć miejsca na plakacie. Szkoda. I nie mam tu na myśli francuskiego aktora, ale nieobecność Baldwina, którego mile wspominam z roli żony Alice w ekranizacji Motyla czy z filmów Woody’ego Allena.

Choć nie miałam dużych oczekiwań względem tego filmu, poszłam na niego przede wszystkim dla ujęć #foodporn, bo to mnie ostatnio najbardziej zajmuje – i pod tym względem jestem usatysfakcjonowana – to nie da się ukryć, że film najzwyczajniej w świecie jest rozczarowujący. Sprawia wrażenie pełnometrażowego spotu reklamującego wycieczkę po Francji – i choć nie można temu krajowi odmówić uroku i smaku – miejsce jako główny bohater [w dodatku tak „folderowo” przedstawione] sprawdzi się w reportażach czy przewodnikach, ale nie w filmie fabularnym, który w założeniu ma zapewnić odbiorcy rozrywkę. A rozrywkę zapewnia ciekawa, miejscami zabawna opowieść, której tu brakuje.

Można się zastanawiać, czy ten film nie miał przypadkiem służyć poprawie wizerunku Francji po wydarzeniach społeczno-politycznych, niesprzyjających raczej postrzeganiu tego kraju jako atrakcyjnego przez wzgląd na ograniczone poczucie bezpieczeństwa. W tej perspektywie tym bardziej zaskakujący wyda się fakt, że jest to produkcja amerykańska bez koprodukcji z Francją.

Ocena: 4/10

 Dziękuję

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *