Potwory w Tokio. Power Up! – recenzja + konkurs! [Rozwiązany]

Dziś będzie potwornie. W końcu po wielu latach podziwiania pudełka na półkach księgarni udało mi się zapoznać z już niemal kultową planszówką Potwory w Tokio, która doczekała się nowej rozbudowanej wersji Potwory w Nowym Jorku, a w ostatnich tygodniach dodatku Power up! Na tym nie koniec, ponieważ Egmont zapowiada kolejne dodatki do obu edycji.

Nie byłam pewna, jak się odnajdę w świecie dziwnych postaci, bo jak wiecie, zwykle trzymam się gier bliższych rzeczywistości i operowanie jakimiś fantastycznymi stworami jest mi obce. Tu muszę przyznać, że choć same postacie nie grzeszą wdziękiem, całkiem ujęły mnie karty postaci wyposażone w kółka, za pomocą których regulujemy punkty zwycięstwa i życia. Z czymś takim jeszcze się nie spotkałam i uważam, że jest to o wiele lepsze rozwiązanie niż zbieranie rozmaitych żetonów. Tu w ogóle należy docenić stronę materialną gry, wykonaną solidnie i atrakcyjnie dla oczu.

Gra okazała się nadzwyczaj prosta, ale dzięki mechanice opartej na strategii, oferuje ona wiele możliwości przebiegu rozgrywki, przez co Potwory w Tokio nie mogą się znudzić. A gdyby tak się stało, to wydawca oferuje dodatki, które jeszcze bardziej urozmaicają grę. Celem jest uzyskanie 20 punktów lub wyeliminowanie pozostałych graczy – tu od razu powiem, że to drugie jest znacznie prostsze i może to się zdarzyć nawet po 5 minutach, ale pierwszy cel wydłuża rozgrywkę i sprawia, że jest ona znaczenie ciekawsza, zwłaszcza gdy będziemy działać przy wykorzystaniu kart mocy (i kart z dodatków), dlatego warto czasem zachować przeciwnika przy życiu, by w pełni korzystać z możliwości gry.

Po pierwsze wybieramy postać, przy podstawowej wersji gry nie ma znaczenia którą, gdyż wszystkie posiadają te same możliwości. Sytuacja zmienia się przy grze z dodatkiem Power up!, który prócz nowej postaci daje też karty ewolucji – one są przypisane do konkretnych postaci i pozwalają im na różne ciekawe działania, czasami wręcz niektórym znacząco ułatwiając zwycięstwo. Tu uprzedzając dalsze instrukcje, wspomnę, że aby móc pociągnąć dwie kolejne karty ewolucji z osobistej talii, z których wybieramy jedną, a drugą mieszamy z resztą stosu, należy kostkami wyrzucić 3 serduszka.

I tu podejmując kwestię kostek… Przed rozpoczęciem gry rzucamy sześcioma czarnymi kostkami, na których znajdują się cyfry 1, 2, 3 oraz znaczki: serduszko, błyskawica, łapa. Zaczyna gracz, któremu wypadnie najwięcej łap. Taki losowy sposób wyłonienia osoby rozpoczynającej jest kluczowy, ponieważ to ona pierwsza wchodzi do Tokio. Ale zanim tam wejdzie, wykonuje standardowe rzuty kostkami, może wykonać to trzy razy, zatrzymując część kości czy też później je wymieniając. Następnie wykonuje działania zgodnie z tym, co wypadło na kostce. Jeśli wypadły trzy identyczne cyfry, dostaje tyle punktów, ile cyfra wskazuje, za każdą kolejną kostkę z tą cyfrą otrzymuje jeden punkt, tak więc za trzy trójki otrzymuje 3 punkty, za trzy jedynki jeden punkt, za cztery jedynki dwa itd. Za każdą kość z błyskawicą pobiera zieloną kostkę energii, za które później może kupić karty. Za serce podnosi punkty życia, a łapa oznacza atakowanie potworów spoza Tokio (jeśli jesteś w mieście) lub potwora w Tokio (jeśli jesteś poza nim). Atakowane potwory odejmują sobie punkty życia za każde uderzenie.

Trzecim etapem tury jest wejście potwora do Tokio, jeśli jest puste. Za wejście otrzymujemy 1 punkt, za rozpoczęcie tury w Tokio 2 punkty. W Tokio nie możemy „leczyć się” serduszkami na kostkach, swój stan życia można poprawić tylko za pomocą odpowiednich kart. Miasto można opuścić tylko podczas bycia atakowanym przez potwora spoza Tokio. Podobne zasady obowiązują przy Zatoce, drugie pole na planszy, które jest aktywne tylko w wariancie 5-6-osobowym.

Kolejnym etapem to kupowanie kart, o ile nas na to stać i jesteśmy tym zainteresowani. Karty dzielą się na „zatrzymaj”, które można realizować w dowolnym momencie gry, aż do jej końca (chyba że podana moc jest jednorazowego użycia), i „odrzuć”, których działanie następuje natychmiast, potem karta jest odrzucana. Po zrealizowaniu kart oddajemy kości kolejnemu graczowi i gra toczy się dalej, aż ktoś wygra.

Bardzo cenię tę grę za jej wykonanie i za grubą talię kart, które oferują sporo możliwości działania. Podoba mi się, że występująca tu losowość, w rzutach kośćmi i dostępności kart do kupienia, została zrównoważona przez konieczność strategicznego myślenia – jak rzucać kośćmi, rozporządzać swoimi znacznikami energii i działać posiadanymi kartami i ewolucjami itp. To sprawia, że każda rozgrywka jest inna, a przy tym nie poddajemy się biernie losowi, możemy wypracować plan działania, który zrealizujemy, o ile nas ktoś wcześnie nie wyeliminuje. I to kolejna cecha gry, która mi się podoba – rywalizacja i duża interaktywność między graczami. Niełatwo otrzymuje się punkty, czasem trzeba wybrać między ich zdobywaniem a utrudnieniem działań przeciwnikowi, które doprowadziłyby go do takiej pozycji w grze, że zwycięstwo ma niemal w kieszeni.

Mam wrażenie, że to tytuł idealnie zapewniający te cechy rozgrywki, które najbardziej lubię, dzięki czemu chętnie będę wracać do Potworów w Tokio, także z przyjemnością nabędę kolejne dodatki, wydawnictwo wspominało coś o Halloween, jestem zatem ciekawa, jakie nowe urozmaicenia zostaną wprowadzone. Tymczasem wiem, że ten tytuł znajdzie się na liście ulubionych gier roku 2018.

KONKURS!

I jestem bardzo rad z tego, że mogę z tą świetną grą podzielić się z wami. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Egmont mam dla was pakiet gry Potwory w Tokio wraz z dodatkiem Power up!

Aby wygrać, należy w komentarzu pod niniejszym postem napisać, w jaką grę planszową powinnam koniecznie zagrać i dlaczego? Większe szanse na wygraną będą miały rekomendacje gier, których nie znam (spokojnie, wbrew pozorom nie znam ich tak wiele), dlatego możecie tu lub w wyszukiwarce sprawdzić, w co już grałam.

Regulamin:

1. Organizatorem konkursu jest Przekładaniec kulturalny.

2. Sponsorem nagrody, którą jest pakiet gry Potwory w Tokio wraz z dodatkiem Power up!, jest wydawnictwo Egmont, które przekazało mi jeden egzemplarz na cele konkursowe.

3. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest zamieszczenie komentarza z odpowiedzią na pytanie pod niniejszym postem w terminie 12-20.09.2018 do godziny 23:59. Każdy może umieścić tylko jeden komentarz.

4. Nagrodę otrzyma osoba, która udzieliła najciekawszej odpowiedzi zdaniem redaktorów Przekładańca kulturalnego.

5. Przesyłka lub osobiste dostarczenie nagrody (co jest preferowane wskutek RODO) możliwe są tylko na terenie Polski.

6. W przypadku przesyłki, dane laureata są przechowywane tylko do momentu potwierdzenia przez niego odebrania nagrody.

7. Zgłoszenie udziału w konkursie jest równoznaczne z akceptacją niniejszego regulaminu.

Wszystko jasne? To do dzieła! Czekam z niecierpliwością na wasze rekomendacje.

ROZWIĄZANIE KONKURSU

Bardzo dziękuję wszystkim za udział. Początkowo myślałam, że nikt nie będzie zainteresowany taką atrakcyjną nagrodą, ale jak to zwykle bywa, lubimy wszystko robić na ostatnią minutę, stąd przed samą północą napływały mejlem powiadomienia o komentarzach, co mnie cieszyło.

Jak zapowiadałam, największe szanse miały komentarze, które polecały gry mi praktycznie nieznane (w inną wersję Detektywów i Pory roku grałam i lubię), miałam pewne preferencje. Jednak aby zachować obiektywność w wyborze (zwykle zalecam znajomym, by używali innych pseudonimów niż zwykle), wszystkie zgłoszenia (anonimowo, by ułatwić zadanie jury) tuż po północy poleciały mejlem do komisji w Warszawie, by stamtąd z rana przyszedł werdykt, z którym całkowicie się zgodziłam, ponieważ laureatka przekonała mnie do tytułu, do którego dotąd podchodziłam sceptycznie.

Potwory w Tokio wraz Power up! powędruje do Sardegny. Gratuluję!

Natomiast pozostałych pocieszam, że na jesieni pojawi się kolejny konkurs, w którym do wygrania będzie całkiem nowa, bardzo klimatyczna i humorystyczna gra planszowa, którą kilka miesięcy temu miałam przyjemność poznać w wersji testowej… i wygrać.

9 thoughts on “Potwory w Tokio. Power Up! – recenzja + konkurs! [Rozwiązany]

  1. Chętnie wezmę udział w konkursie i zawalczę o „Potwory w Tokio”, dlatego z mojej strony polecam grę „Ryzyk – fizyk”. To nie jest w prawdzie typowa planszówka, bo główna rozgrywka polega w skrócie na szacowaniu i obstawianiu (trochę, jak w kasynie), gdzie trzeba określić, mniej więcej, liczbową odpowiedź na zadane pytanie, ale jest równie nieprzewidywalna i dostarcza wielu emocji. Z pytaniami do gry również nie jest łatwo, bo są one przeróżne, a odpowiedzi na nie, są w większości zupełnie nieznane przeciętnemu, dorosłemu graczowi (np. ile okien ma Pałac Kultury i Nauki, ile wysp ma Indonezja, ile procent dorosłych Polaków codziennie korzysta z Internetu itd.). Co jest też fajne w „Ryzyku” to możliwość grania w większej grupie osób (można tworzyć drużyny), no i ta nutka hazardu!

  2. Ja polecam grę „Pory roku” Seasons. Pierwszym atutem gry jest wysoka jakość elementów gry. Piękne kostki, plansztki dla 4 graczy, karty, plansza pór roku, żetony i świetna wypraska, w której wszystko ma swoje miejsce. Bajkowa szata graficzna sprawia że można zaprosić do gry dzieci. Ale ta gra i mechaniki jaki oferuje sprawią radość dorosłym. Gra świwtnie działa na dwie osoby. Ale można grać w max 4 graczy. Podstawowe zasady są bardzo proste, ale ta gra nabiera rumieńców dopiero po kilku partiach. Kiedy znamy już nieco zasady i wiemy jakie karty są w grze i jak ich użyć. Gra polega na zbieraniu punktów, ale mozna je zdobyć na kilka sposobów. Gra posada ciekawe mechaniki, dzięki którym mozna wybrać strategie jak zdobywać więcej punktów. kostki wprowadzają trochę losowości, ale wybieramy jedną z nich. Przyjemna gra i piękne wykonanie.

  3. A ja polecam grę, którą dostałam ponad 25 lat temu: HAMBURGER. Gra jest dziecinnie prosta, ale ćwiczymy pamięć, a rozgrywka nie trwa długo. Co jest również istotne, już młodsze dzieci mogą w nią grać.
    Rozgrywka zaczyna się od rozłożenia planszy, na którą na środku układamy klocki z naklejkami składników potrzebnych do upichcenia hamburgera. Oczywiście układamy klocki tak, aby nie było widać naklejek. Każdy z graczy otrzymuje kartonik z rysunkami potrzebnych składników, pionka i kostki. Po wyrzuceniu oczek, poruszeniu się na planszy- szukamy (o ile już nie mamy tego składnika) np. bułki, cebuli, itp. odkrywając i nie pokazując innym 1 klocek. Jeżeli trafimy w to co szukamy, układamy to na naszym kartoniku. Rozgrywkę wygrywa osoba, która zebrała wszystkie niezbędne składniki.

    Proste zasady, ale jakże wciągająca rozrywka! Jakość wykonania też dobra, bo przetrwała nie tylko zabawę, ale też wszystkie moje przeprowadzki. Jak na tamte czasy- bardzo kolorowa. Polecam 🙂

  4. Poleciłabym grę, w którą sama lubię grać już od prawie 30 lat. To „Detektyw”, którego dostałam mając naście lat. Jest plansza, na której są oznaczone pomieszczenia i karty z nazwami pomieszczeń, imionami graczy i narzędziami zbrodni. Kluczową sprawą jest koperta moredercy, w której umieszczamy kartę z imieniem zbrodniarza, z narzędziem zbrodni i nazwą pomieszczenia. Pozostałe karty rozdaje się graczom i trzeba oczywiście odgadnąć kto, gdzie i czym dokonał zbrodni żeby wygrać. Choć gra jest już trochę niezbyt efektowna wizualnie jak na obecne możliwości (kiedyś ten malutki świecznik czy rewolwer to były „cudeńka” 😉) chętnie po nią sięgam teraz już także z moimi dziećmi 😊

  5. Napisałam komentarz i go nie widać 😭

    Spróbuję jeszcze raz.

    Poleciłabym grę, którą mam już ok. 30 lat. Zaczęłam grać w „Detektywa” mając naście lat. Jest plansza z zaznaczonymi pomieszczeniami oraz karty z imionami graczy, nazwami pomieszczeń i narzędzi zbrodni. Kluczowym elementem jest koperta mordercy, do której wkładamy po jednej karcie (Kto, gdzie, czym) resztę kart rozdajemy i jak nie trudno zgadnąć trzeba wytypować kto gdzie i czym zabił żeby wygrać. Gra nie jest może bardzo estetyczna jak na obecne standardy (kiedyś ten malutki świecznik i rewolwer to były prawdziwe cudeńka) ale nadal wciąga i chętnie grywam do dziś. Teraz już z moimi dziećmi 😉

  6. Polecam bardzo planszówkę „Magia i Myszy”, która łączy w sobie elementy odgrywania postaci, czytania opowieści i oczywiście fantastycznej przygody z wieloma zwrotami akcji. Gra toczy się w fantastycznym świecie wzorowanym na średniowieczu, mamy tu złą czarodziejkę, omamionego czarami króla i księcia, który wraz ze swoimi przyjaciółmi próbuje uratować swojego ojca i całe królestwo. Nie jest to takie łatwe, bo bohaterowie gry zostali przemienieni w myszy! Podążają za nimi wysłannicy złej czarownicy – robale, pająki, szczury, a nawet skorpion! Gra jest o tyle nietypowa, że toczy się podobnie jak książka – po kolejnych misjach-rozdziałach gracze czytają opowieść i poznają dalsze losy bohaterów. Jeden z graczy może też przejąć niejako rolę Mistrza Gry. Kolejnym ogromnym atutem jest wykonanie gry – twarde plansze z lokacjami układane w labirynt, figurki bohaterów i wrogów, znaczniki, książeczka do czytania. Jestem tą grą zachwycona, bo ma ogromny potencjał RPG-owy i fajnie się w nią gra nawet na własnych zasadach.

  7. Chciałbym, żeby Pani zagrała i zrecenzowała „Gierki małżeńskie”.
    A dlaczego? Ponieważ cenię i sugeruję się Pani opiniami na temat filmów i książek, czasem zachęcam innych czytając im posty „przekładanca kulturalnego” i może dzięki ewentualnej recenzji udałoby mi się namówić kilkoro znajomych, żeby może zacząć grać w coś innego niż „Uno*”!

    *oczywiście to świetna gra karciana, tym bardziej, że mam wersję Twist 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *