Pierwsza osoba liczby pojedynczej – Haruki Murakami

Nowy Murakami to propozycja na jeden, krótki wieczór. Osiem niedługich opowiadań, prostych w formie i języku, by nie rzec, za zwykłych i zbyt banalnych. Choć takie wydają się na tle twórczości japońskiego autora, którą trafnie opisują takie epitety jak niesamowita, magiczna, wyjątkowa, surrealistyczna. Do tego ostatniego pasuje zaledwie jedno opowiadanie: o gadającej małpie, kradnącej imiona kochanym kobietom. I wydaje mi się, że z całego zbioru ono zapadnie mi w pamięć najmocniej.

Z pierwszych zdań możecie wysnuć podejrzenie, że Pierwsza osoba liczby pojedynczej okazała się rozczarowaniem. Poniekąd tak, bo wciąż tęsknie za aurą, jaką wytwarzał poprzedni zbiór opowiadań Murakamiego Mężczyźni bez kobiet. Chciałabym rzec, że to dziwne, bo nie pamiętam nic z tej książki, ale po krótkim namyśle (a nie mam egzemplarza przy sobie) stwierdzam, że to nie prawda. Opowiadanie przetłumaczone na gwarę poznańską i którego bohaterką jest Shaharaza – pamiętam. Być może tyle będę pamiętać i z Pierwszej osoby…, w której przewijają się motywy dobrze znane czytelnikom Murakamiego. Motyw muzyki Beatlesów przeplatany z klasycznymi utworami nadaje melodyjności niemal każdej opowieści, a kwintesencją tej pasji wydaje się Karnawał. To utwór Schumanna, który na pół roku połączył przyjaźnią dwójkę bohaterów: naszego narratora oraz pewną brzydką kobietę, jedną z wielu, jaka pojawiła się w jego życiu.

Przy Mężczyznach bez kobiet zwrócono uwagę, że w twórczości Murakamiego dominują mężczyźni, a wspomniany zbiór ma tę dysproporcję zmienić. A jednak to dopiero w Pierwszej osobie liczby pojedynczej kobiety grają pierwsze skrzypce, nawet jeśli są to krótkie epizody. Ale to cecha charakterystyczna żeńskich postaci w tym zbiorze: w życiu narratora – dojrzewającego, a później doświadczonego pisarza – pojawiają się one na chwilę. Czasem jest to ułamek sekundy, kiedy pojawiają się w zasięgu wzroku i swoją aparycją olśniewają naszego bohatera, czasem jeden wieczór w barze, jedna wspólna noc, kilka lekcji muzyki (choć tu kluczowe jest to, że do spotkania nie doszło) czy kilka miesięcy wspólnych spotkań. Są zazwyczaj niepiękne, a czasem nawet wręcz brzydkie, niesympatyczne, zagadkowe, sprowadzające bohatera na manowce. Co ciekawe, pojawia się też żona, ale w tle, jako komentatorka przyjaciółki męża od muzyki. Nie poświęca jej tyle uwagi, co pozostałym kobietom. Może dlatego, że jest jego stałą w życiu i jej wątek jeszcze się nie zamknął.

Mimo że jest to zbiór opowieści o kobietach, które tak jak się pojawiły, tak zniknęły, można więc uznać, że ich wątki za skończone, nie można tego powiedzieć o samych opowiadaniach. To są historie otwarte, pozbawione domknięć, za to pozostawiające z rzadka występujących słuchaczy bohatera oraz nas czytelników z pytaniami. Co dalej? Ale dlaczego? Kończą się w miejscu, w którym kolejne zdanie mogło zagłuszyć echo wybrzmiewające z opowieści.

Dlatego w gruncie rzeczy są to dobrze napisane teksty, być może im więcej czasu mija od lektury, będę na książkę spoglądać przychylniejszym okiem, gdy podczas czytania ze znużeniem przewracałam kolejne strony, z treścią, która na mnie nie oddziaływała.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *