Nieautoryzowany przewodnik po Barlinku wg powieści „Strzały nad jeziorem” Marty Matyszczak

Zaczęło się tak… Gdzieś na północy Polski, podczas kolejnej tego tygodnia podróży pociągiem wyciągam „Strzały nad jeziorem” – kolejną książkę do czytania. Druga (wcale nie gorsza) połówka jak zwykle pyta, co czytam. Po analizie opisu na okładce, pyta: a wiesz, gdzie leży Barlinek? -Nie. -Bardzo blisko, jeszcze w tym tygodniu tam cię zabiorę. I zabrał.

W ten sposób zamiast recenzji stworzyłam dla Was fotoprzewodnik po głównym miejscu akcji najnowszej powieści Marty Matyszczak. (Z góry przepraszam za jakość zdjęć, ale redakcja wciąż nie doczekała się profesjonalnego sprzętu).

Powitała nas niezbyt elegancka tablica drogowa, być może od innej strony wjazdu do miasta jest ładniejsza – no cóż, nie ocenia się miasta po tabliczce…  Zresztą dalej było tylko lepiej. Po zaparkowaniu zaraz zaczęliśmy szukać miejsc, które stały się inspiracją dla autorki trzeciej części Kryminału pod psem. Muszę przyznać, że była to podróż, gdzie trzeba było wykazać się nie mniejszym detektywistycznym zmysłem niż musieli to zrobić nasi bohaterowie.

Parkując na Rynku, trafiliśmy od razu na pierwszy trop, który został później potwierdzony przez starszą mieszkankę. Oczywiście to słynące z najlepszych deserów lodziarnia u Saracena, gdzie trener-sadysta na oczach Róży Kwiatkowskiej zjadł lody, uprzednio przez nią zamówione. W rzeczywistości to lodziarnia pana Boratyna, którą przejął wnuk Patryk Brusilewicz. Podobno od lat serwują lody, którymi zażerają się Barlinianie. Czy rzeczywiście są takie pyszne? Jak widzicie, nie udało nam się tego sprawdzić, gdyż lodziarnia poza sezonem jest chyba nieczynna. Będzie powód, by wrócić.

Następnie postanowiliśmy sprawdzić, czy na dnie jeziora leżą jeszcze jakieś szczątki prehistorycznego nosorożca, jednak po podejściu do brzegu zgodnie stwierdziliśmy, że panująca temperatura skutecznie uniemożliwia realizację planów. Jezioro zamarznięte, a my nieprzygotowani, nie wzięliśmy kilofów.

Szukaliśmy ośrodka, w którym torturowano Różę Kwiatkowską podczas obozu dla odchudzających. Mieliśmy kilka tropów. Jednym z nich był pensjonat obok szkoły z salą gimnastyczną, ale gdy później trafiliśmy na ten właściwy Sosnowy Gaj, nie mieliśmy wątpliwości, gdzie naprawdę nocowali nasi bohaterowie. Po drodze jednak udało nam się zobaczyć największe na świecie kije Nordic Walking mające 11,5 m (w Barlinku są też najmniejsze kije mające kilkanaście milimetrów, mieszczące się w muzeum). A także jedną z wypożyczalni kajaków – w której z nich szamotali się powieściowi bohaterowie? To pozostało w fazie domysłów.

 

W tzw. międzyczasie odwiedziliśmy klimatyczną restaurację przy Rynku „Stara Galeria„, gdzie zadając uprzejmym pracownicom pytania o wątki związane z powieścią oraz historią miasta, zareklamowaliśmy książkę (by mieli świadomości, że nawet w tak spokojnych i uroczych miasteczkach rozgrywają się zbrodnie). A także zjedliśmy całkiem smaczną barlinecką pizzę…

Z pełnymi żołądkami kontynuowaliśmy spacer po drugiej stronie jeziora, wyobrażając sobie jak pięknie tutaj musi być latem. I tak trafiliśmy na stadion. Oczami wyobraźni widziałam, jak zdyszana Róża przebiega długie dystanse pod czujnym okiem trenera.

A zaraz za nim zobaczyliśmy Pensjonat „Sosnowy Gaj”. W rzeczywistości jest to Pensjonat pod Sosnami, ale po tym, co zobaczyliśmy obok niego, nie mieliśmy wątpliwości, skąd się wziął drugi człon powieściowej nazwy. Otóż obok znajdował się obszar, który na pierwszy rzut oka wydawał mi się małpim gajem. Pełno drzew, na których zamocowane są różne linki, siatki, materace, deski… Wszystko po to, by się wspinać, sprawdzać swoją kondycję przechodząc po ruchomej linie na drugie drzewo. Innymi słowy, TarzanPark.

Tak się prezentuje widok na jezioro z pewnej wysokości na drzewie

A tak wygląda pierwowzór Sosnowego Gaju. Widać w nim podobieństwo do tego z okładkowej ilustracji, prawda?

A jeśli jesteście zainteresowani, o co chodzi z tymi berlińskimi wurstami, które w drodze do Berlina jadła Róża, zapraszam na wycieczkę po Muzeum Curry Wurst.

I tu następuje KONIEC wycieczki. Tym, którzy jeszcze nie czytali, życzę przyjemnej lektury. A pozostałych czytelników zachęcam do osobistego spaceru po Barlinku, najlepiej w bardziej ciepłe i słoneczne dni.

Recenzję poprzednich książek Marty Matyszczak możecie przeczytać tutaj.

1 thought on “Nieautoryzowany przewodnik po Barlinku wg powieści „Strzały nad jeziorem” Marty Matyszczak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *