„Don Kichote i Sancho Pansa” – słów kilka o najciekawszej serii wydawniczej

Zainspirowana ostatnimi zakupami w księgarni Tak Czytam postanowiłam napisać zbiorczo o tytułach należących do serii wydawniczej W.A.B. „Don Kichote i Sancho Pansa”. W zeszłym roku uświadomiłam sobie, że jest to moja ulubiona seria, bo w jej skład wchodzą książki niebanalne, intrygujące, zaskakujące, stanowiące powiew świeżości w literaturze oraz zapewniające ucztę intelektualną.

Moje pierwsze powiązanie nazwy tej serii z typem literatury, jaki wydaje, wiązało się z oryginalną osobowością postaci Cervantesa. Trochę szalone, przełamujące konwenanse, nie dla wszystkich akceptowalne, niejednokrotnie wysyłające czytelnika na manowce – taki jest Don Kichote i takie są książki w tej serii. Później, gdy zaczęłam czytać eseje Milana Kundery (którego to książki w okładkach o krzykliwych kolorach też są kolekcją wchodzącą w tę serię), pomyślałam, że jeśli dzieło Cervantesa było pierwszą powieścią, formą dotąd nieznaną w literaturze, tytuły wydawane pod znakiem „Don Kichota i Sancho Pansy”, będące też na swój sposób nowatorskie, również otwierają nową, nieznaną drogę w literaturze. Czasami ta ścieżka prowadzi przez nietypową formę konstrukcyjną, stylistyczną czy językową, jak to się dzieje u Jamesa Joyce’a, Italo Calvino, George’a Saundersa czy Davida Fostera Wallace’a. Czasem jest to oryginalna czy wręcz zwariowana koncepcja fabularna Historia moich zębów Valerii Luiselli czy nawet Lektor z pociągu 6:27 Jean-Paul Didierlaurent, choć wpisuje się w szeroki nurt książek o książkach. Sporą część serii tworzy literatura eseistyczna, która czytelnikom zapewnia intelektualną ucztę na najwyższym poziomie, bo refleksje Kundery, Wallace’a czy Sebalda podrzucają nowe tropy interpretacyjne dotyczące nie tylko literatury, ale różnych zjawisk w kulturze. Nie brakuje tu też pozycji będących na granicy między powieścią, eseistyką a innymi rodzajami literackimi. Do tych należy część powieści Michela Huellebecqa czy Umami Lai Jufresy.

Powyższa charakterystyka tej serii jest prawdopodobnie trochę idealistyczna, ponieważ przeglądając czasem niektóre tytuły oznaczone donkichotowskim logo, mam wrażenie, że dana pozycja nie wychodzi poza standardy prozy psychologicznej czy kryminału. Choć tu od razu przyznam, że tych wątpliwych pozycji nie czytam (póki co), więc nie mam też pełnego oglądu. Być może (i chcę w to mocno wierzyć) w środku jest coś, czym czytelnika zaskoczą.

Powyższym opisem nie mam zamiaru idealizować też samych książek, które tworzą tę serię. To nie zawsze są książki wybitne, wiele z nich rozczarowuje pewnymi rozwiązaniami czy wydają się przeintelektualizowane, nie mniej jednak nie można im odmówić pewnej nowatorskości. Innymi słowy, nawet słabe książki mocno intrygują i nie żałuję ani minuty czasu im poświęconego, dlatego też poniżej postanowiłam krótko opowiedzieć o kilku moich ostatnich lekturach.

Do najlepszych tytułów tej serii zaliczam Hotel Finna Jamesa Joyce’a, ponieważ mało jest pisarzy, którzy tak świetnie potrafią bawić się wieloznaczeniowością języka. Zbiór tych szkiców, opowiadań stanowią wstęp do innych większych powieści irlandzkiego twórcy, m.in. Finneganów tren. Przyznam się, że dopiero posłowie uświadomiło mi, że jest to zbiór kilku miniatur prozatorskich, a nie jedna spójna całość, jak ja to odebrałam. Moim zdaniem poszczególne fragmenty mogły stanowić kontynuację losów bohaterów z poprzedniego, tak przemyślaną kompozycję ma ten zbiór. Wszystkie opowiadania łączy wspólna stylistyka naddająca zwykłym zachowaniom postaci wielowymiarowości przez uwypuklenie wieloznaczeniowości ukrytej w słowach je opisujących.

Mniej udanym eksperymentem prozatorskim stanowiącym próbę strumieniowego opisania dwóch światów równoległych: zewnętrznego, w którym pisarz musi się odnaleźć i powieściowego, który jest przez niego tworzony, stanowią Nieważcy Valerii Luiselli. Ta meksykańska pisarka zaintrygowała mnie późniejszą Historią moich zębów – powieścią, której nigdy nie zapomnę, ze względu na tytułową historię, choć całość rozczarowuje wieloma banalnymi rozwiązaniami narracyjnymi. Tymczasem Nieważcy wydają się zupełnie inną książką, mniej przystępną, ponieważ, jak to bywa w wielu metapowieściach, granice między rzeczywistością a strumieniem świadomości zacierają się. Głosy ludzi z zewnątrz nakładają się na głosy postaci, inspirowanych tymi pierwszymi, o wymyślonych czy też alternatywnych losach. Trudno rozróżnić, czy dramatyczna historia związku narratorki-pisarki to jej wymysł, spowodowany znudzeniem harmonią małżeńskiego szczęścia – a ten wariant jest tu najbardziej sugerowany. Czy może na przekór zagubionemu czytelnikowi, autorka wrzuca wtrącenia męża, by też i siebie podtrzymywać w iluzji, że wszystko jest w porządku, czuje jego ducha w pobliżu, choć ciało jest w Filadelfii? Droga interpretacji otwarta.

Kontynuując wątek metapowieści czy książek o literaturze, zdaje się ulubionym motywie większości czytelników, przejdę do Lektora z pociągu 6:27. Ta pozycja przyciągnie was fantastyczną okładką – papierowy pociąg wyjeżdżający z kart książki. A później opisem o losie bohatera, który pracuje w zakładzie utylizacji książek, a w drodze do niej, przemieszczając się pociągiem, czyta pojedyncze strony ocalałe z przemiału. To jednak wierzchołek góry lodowej. Bo zarys fabuły przywołuje skojarzenia z dystopijną powieścią 451 stopni Frahrenheita opisującą świat, gdzie czytanie i krytyczne myślenie jest zabronione. Akcja Lektora z pociągu 6:27 jest osadzona we współczesnym świecie, choć nie został precyzyjnie określony czas. Ta krótka powieść jest historią o losach ludzkich zdeterminowanych przez książki, które w jednym miejscu są niszczone, po to, by w drugim wychodziły nowe, przez kogoś zgubione, by przez innego zostały znalezione. Jest to jedna z tych opowieści, które również pozostaną ze mną na długo, zwłaszcza wątek nieoczywistego sposobu odzyskiwania straconych w maszynie nóg.

Na koniec wspomnę o ostatniej nabytej przeze książce z tej serii, czyli Campo Santo W. G. Sebalda, niemieckiego pisarza, który zaintrygował mnie zbiorem krótkich esejów albo powieści z licznymi refleksjami w Pierścieniu Saturna – dziele stojącego na granicy różnych gatunków literackich. Campo Santo jest zbiorem bardziej dookreślonym, ponieważ w pierwszej części znajdziemy miniatury prozatorskie mające tworzyć trylogię korsykańską, niedokończoną z powodu śmierci autora, w drugiej zaś eseje o malarstwie, literaturze itp., z których to znowu, podobnie jak w Pierścieniu Saturna, najciekawszy dotyczy ryb. Wiem, że brzmi to zaskakująco, ze względu na trywialność tematu, ale najwyraźniej Sebald musiał mieć nieoczywisty związek z rybami, skoro w taki sposób o nich pisze, że po kilku latach wciąż pamiętam jego studium o odczuciach i uczuciach śledzia. W Campo Santo Sebalda zainspirowanego obrazami Jana Petera Trippa nurtują wędrówki i losy makreli pospolitej oraz związki między życiem i śmierci ludzi i makrel. A jak sam zauważa przy ich połowie, są one dosyć skomplikowane. Gdzie w jednej kulturze ryba widziana w śnie uchodzi za znak śmierci, w innej jest symbolem płodności. Chyba poszukiwanie ichtiologicznych wątków w twórczości Sebalda stanie się dla mnie pretekstem do sięgnięcia po pozostałe jego książki.

Jeśli choć trochę zainteresowaliście się serią „Don Kichote i Sancho Pansa”, to zdradzę Wam, że większość tytułów możecie w niskich cenach nabyć w składach taniej książki, m.in. w sieci księgarni Tak Czytam. Warto przeglądając półki, wyłapywać brzegi książek z „donkichotowskim” logo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *