Pod stosem łupin i obierków (Na marne – Marta Sapała)

Burza wyznaczyła mi kres prac w ogrodzie, więc mogę zabrać się za recenzowanie Na marne – nowej książki Marty Sapały, którą niemal wszędzie określa mianem ważnej, szokującej, skłaniającej do autorefleksji. W gronie osób, dla których przyszłość świata jest na tyle ważna, że próbują drobnymi gestami go naprawić, jest często rekomendowana i uznawana za świetną książkę. Ale czy rzeczywiście to taka ważna i świetna publikacja?

Nie bez powodu zaczęłam wstęp od wizyty w ogrodzie, ponieważ po lekturze Na marne codziennie dostrzegam kilogramy zmarnowanego jedzenia w postaci mirabelek, śliwek, jabłek, a za chwilę dojdą gruszki i pewnie orzechy (choć przy moim zapotrzebowaniu na nie, mam nadzieję zebrać je wszystkie). Nie wspominam już o niezauważalnych jeszcze owocach leśnych rosnących na młodych krzaczkach. To wszystko mam w odległości kilkudziesięciu metrów. Widziałam je oczywiście wcześniej. Jednak po reportażu Sapały, gdzie poznajemy definicję zmarnowanego jedzenia – wszystkie produkty spożywcze nieskonsumowane przez człowieka – zaczęłam dostrzegać w nich odpady. Tak, wszystkie owoce, które pozostaną w ziemi do zgnicia, okazują się zmarnowaną żywnością… Tyle, jeśli chodzi o zmiany w myśleniu, do jakich ten reportaż się przyczynia. Przejdźmy do meritum.

Niewątpliwie autorka Na marne podjęła się tematu ważnego, o którym trzeba rozmawiać, by uświadomić sobie skalę tego zjawiska, a także szukać rozwiązań, jak ją zmniejszyć. Tylko że, jak odkrywa Sapała, trudności pojawiają się już na elementarnym etapie, ponieważ statystyki, o których tak głośno w mediach, mają się nijak do stanu faktycznego. W przypadku naszego kraju badania tego zjawiska dopiero raczkują, a dotychczasowe liczby, jakie nam podawano pochodziły z zagranicznych obserwacji, choć i w tych więcej mniemania niż przybliżonych szacunków. Statystyki te w bardzo ogólnym stopniu opisują rzeczywistość. Pojawia się pytanie dotyczące nie tyle braku tych badań, lecz ich metodologii. Jakimi sposobami można te zachowania ludzi ocenić? Wywiady są niemiarodajne, bo pytany, poza tym, że będzie się lepiej oceniał, nie jest tak naprawdę nawet świadomy, ile kilogramów jedzenia tygodniowo ląduje w jego kuble. Jedną z metodologii jest morfologia śmieci, polega ona na badaniu zawartości worków na śmieci losowo wybranych respondentów. Inną jest prowadzenie przez nich dzienniczka, w którym codziennie odnotowują wagę wyrzuconych odpadów spożywczych. Żadna z nich nie jest najlepsza, w przypadku tej drugiej zauważa się, że po tygodniu, dwóch respondenci zaczynają się zastanawiać nad swoimi nawykami i je stopniowo zmieniać.

Marta Sapała dała się czytelnikom poznać już jako osoba skora do rozmaitych, skrajnych eksperymentów – w Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków postanowiła przez rok nie czynić żadnych zakupów, a wraz z nią w projekcie brało udział kilkanaście innych gospodarstw. Tymczasem w Na marne autorka grzebie w śmietnikach, chodzi po wysypiskach śmieci, sortowniach, by sprawdzić, ile jedzenia marnują Polacy? Wyniki są rozczarowujące, ponieważ w wielu miejscach były to tylko odpadki typu resztki z obiadu lub obrane skórki jarzyn. Choć były też śmietniki, gdzie autorka znalazła nieodpakowany filet z łososia z ważną datą do przydatności czy nieotwarty batonik. To się zdarza, w pewnych środowiskach częściej, w innych rzadziej. Podsumowując, okazuje się, że prywatnie Polacy nie marnują aż tyle, jak mogłoby się wydawać.

Reporterka zostaje wysłana na zaplecza sklepów i lokali gastronomicznych, gdzie zmierza się z tytułowym problemem na dużą skalę. Dodajmy, że jest to zjawisko o dość złożonym podłożu.

Po pierwsze przepisy sztywno regulują czas obecności produktu na półce czy termin przydatności, którego kucharze nie mogą przekroczyć – co się nie sprzeda, ląduje na śmietniku. Jedzenie w koszu nie jest jeszcze stracone, ma szansę na dalsze konsumpcyjne życie, które zostanie mu nadane przez grupę freeganistów lub kontenerowców oraz bezdomnych. O ile uzyskają dostęp do kubła, a tu już pojawiają się schody. Te z reguły nie wynikają ze złej woli właściciela, lecz z przepisów, np. takich, że jedzenie w koszu staje odpadem i tym samym staje się własnością gminy. Na kontenery zakładane są kłódki. Z kolei rozdawnictwo niesprzedanej żywności ciągnie za sobą obowiązek odprowadzenia podatku z darowiznę i choć regulacje te jakiś czas temu zmieniły się, wciąż historia piekarza z Legnicy przestrzega przedsiębiorców przed podobną hojnością. Są też banki żywności, przyjmujące od firm nadmiarową żywność, którą dzielą się z potrzebującymi. Wydawałoby się, że jest to dobre rozwiązanie, ale szybko przekonujemy się, że i w tych miejscach żywności jest po prostu za dużo. Za dużo jej produkujemy, importujemy, kupujemy… Ale jak ma być inaczej, skoro pewien właściciel sieciowego sklepu zauważył, że pewne produkty jego klientów nie interesują, niemniej nie może z nich zrezygnować, ponieważ umowa zobowiązuje go do trzymania na półce 90% towarów z listy przesłanej przez zarząd sieciówki.

Wniosek nasuwa się sam, na skalę zjawiska nie ma dużego wpływu jednostka, której śmieci zwykle ograniczają się do resztek posiłków, obierek, opakowania ze spleśniałym jogurtem, a czasami dochodzą do tego nieotwarte i zdatne do spożycia produkty – choć nie wiemy, jakie historie za tymi gestami się kryją.

Mam nieodparte wrażenie, że odkrycie innego źródła problemu niż autorka oczekiwała, pokrzyżowały jej plany. Bo książka Na marne miała być wstrząsającą lekturą, która uderzy w każdego czytelnika, by ten zaczął zastanawiać się nad swoimi żywnościowymi śmieciami, pokazującą, że każdy z nas wyrzuca kilogramy jedzenia tygodniowo, podczas gdy na drugiej półkuli globu ludzie głodują. A tu okazuje się, że rozwiązanie problemu leży poza możliwościami jednostki. O tym, że tor myśli poszedł w inną stronę niż planowano, świadczy kompozycja reportażu. Od rozczarowujących badań kubłów przy osiedlach, nawyków gospodarowania jedzeniem poszczególnych rodzin autorka przechodzi do źródła problemu, czyli kontenerów na zapleczach sklepów i restauracji, do historii przedsiębiorców, którzy wykazują dobrą wolę, by dzielić się niewykorzystanym jedzeniem, ale z prawnych przyczyn nie mogą. Natomiast na koniec, jakby chcąc za wszelką cenę trzymać się pierwotnego planu uderzenia w sumienie jednostki, Sapała powraca do prywatnych gospodarstw, by rozliczyć je (i siebie przy okazji) z każdego niewykorzystanego obierka ziemniaka i łupiny orzecha, o których zresztą była mowa i na początku książki. Przy czym równocześnie rzadko wspomina się skórkę chleba i brzegów pizzy, które są całkiem jadalne (a dla niektórych wręcz stanowią najlepszy kąsek), a przez wielu odrzucanych na stół. Nigdy nie zapomnę widoku kilku talerzy z odrzuconymi brzegami pizzy na większym spotkaniu towarzyskim w pizzerii – przez pewien moment zastanawiałam się, czy przypadkiem nie usiadłam do stołu z przedszkolakami, których dopiero co rosnące zęby nie dają rady z twardszymi kawałkami ciasta. Ponadto autorka rozmawia ze starszymi i wiejskimi gospodyniami, jawiącymi się tu jako autorytet dla współczesnego pokolenia, ponieważ potrafią wykorzystać nawet te części roślin, które przez większość jest wyrzucana. Na co dzień od lat robią to, co obecnie staje się tematem specjalistycznych kursów kulinarnych organizowanych w stolicy za kosmiczne ceny – co wśród rozmówczyń budzi pełen niezrozumienia śmiech.

Wadą tego reportażu jest to, że skrajność, w jaką popada autorska narracja, przesłania rzeczywisty problem. Wspaniale, że ktoś umie wykorzystać spożywczo obierki z ziemniaków, pestek, ogryzków, ale czy faktycznie w tym leży sedno tego zjawiska? Dlaczego szlachetniejsze ma być zjedzenie absolutnie wszystkiego z talerza czy lodówki (często wbrew zdrowiu) niż nadanie produktom spożywczym nowego przeznaczenia w postaci paszy dla zwierząt, dodatku do biopaliwa, czy kompostu, dzięki któremu kolejne pokolenia naturalnej żywności będą mogły się rosnąć? A to na wielu stronicach Na marne jest, jeśli nie krytykowane, to pokazane jako mniejsze zło, ale jednak zło. Idea przedstawiona w Na marne jest szczytna, ale pozbawiona zdroworozsądkowego podejścia, odległa od realnych potrzeb i możliwości. W świecie zalanym przez śmieci z tworzywa sztucznego rozczulanie się nad biodegradowalnymi odpadami wydaje się histerią.

Oczywiście, kwestia ilości odpadów, jakie generują zmarnowane produkty spożywcze nie są zagadnieniem, które interesuje autorkę oraz z jakiego powodu warto pochylić się nad tematem marnowania żywności. Ale uderzyło mnie to, że w projekcie badawczym, którego uczestnicy ważą każdy spożywczy odpad i przejmują się ich sumaryczną wagą, całkowicie nieobecne są plastikowe opakowania orzechów i spleśniałych jogurtów.

Aspekt marnowania jedzenia w książce został ukazany w perspektywie tego, co się robi z żywnością, na którą idą takie nakłady pracy, a jej owoce nie zostaje poprawnie wykorzystane. Dlatego sam brak wątku dotyczącego innych śmieci, jakie generuje jedzenie, bez względu na to, czy zostało skonsumowane (po zjedzonym batoniku plastikowe opakowanie zostaje) – nie jest z mojej strony zarzutem względem tej książki. Zarzucam jej natomiast to, że sedno sprawy (tkwiące w zarządzaniu produkcją jedzenia i jego sprzedaży, a w przypadku klientów indywidualnych jego kupowania), które powinno być widoczne na pierwszym planie, leży gdzieś pod stosem łupin i obierków. Ich rzekoma kłopotliwość w rzeczywistości jest tak małostkowa, że marzę wręcz o świecie, gdzie to będzie jego jedynym faktycznym problemem. A zejście z tematu polityki żywnościowej większych przedsiębiorstw i powrót do gospodarstw domowych, gdzie podkreśla się ich śmieciowe grzeszki i konieczność zmiany stylu życia jednostki, wcale nie stawia książki Na marne w znacznie lepszym świetle niż ekohejterów indywidualizujących winę za globalne problemy z marnowaniem jedzenia czy w ogóle klimatem.

Ustalmy jasno, to nie książka Sapały jest ważna, lecz temat, który został w niej podjęty.

1 thought on “Pod stosem łupin i obierków (Na marne – Marta Sapała)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *