Transportowa dysleksja (Nie zdążę – Olga Gitkiewicz)

Po dwóch latach od wydania Nie hańbi – reportaży o pracy – Olga Gitkiewicz powróciła z książką Nie zdążę, o której głośno było jeszcze długo przed premierą. Niejako w ten sposób odgórnie sklasyfikowano ją jako jeden z najważniejszych reportaży roku. Waga tej publikacji wynika z podejmowanego tematu, ponieważ, podobnie jak Nie hańbi, dotyka kluczowego aspektu funkcjonowania społeczeństwa. Utarło się już stwierdzenie, że Nie zdążę jest książką o wykluczeniu komunikacyjnym, problemie, który dotyka blisko 14 milionów Polaków. Wykluczenie komunikacyjne obejmuje tereny, gdzie nie dociera żaden transport publiczny. Ich mieszkańcy, aby móc się wydostać ze swojego miejsca zamieszkania, muszą liczyć na pomoc zmotoryzowanych sąsiadów lub sami zrobić prawo jazdy i kupić samochód. A najlepiej kilka, aby każdy członek rodziny mógł swobodnie dojeżdżać do lepszej szkoły w większym mieście i pracy.

Czy rzeczywiście jest to książka o wykluczeniu komunikacyjnym? Wnikliwy czytelnik zauważy, że ten wątek należy do tych pomniejszych poruszonych w Nie zdążę. Zasadniczo jest to reportaż o polskim transporcie, zarówno prywatnym, jak i publicznym, najwięcej uwagi jednak, bo aż połowę książki, poświęcono kolei.

Ta proporcja nie wypada szczególnie atrakcyjnie w świetle tego, że pół roku wcześniej wydano znacznie obszerniejszą od tej publikację całkowicie skoncentrowaną na współczesnej historii polskiej kolei Ostre cięcia. Jak niszczono polską kolej. Jej autor Karol Trammer, przywołując różne zdarzenia rozgrywające się zarówno na najwyższych szczeblach zarządu PKP, jak i te najlepiej znane przeciętnemu pasażerowi, wnikliwie analizuje przyczyny, zmiany, ważkie decyzje i ich konsekwencje prowadzące do dzisiejszego stanu polskiej kolei, a także po trafnej diagnozie proponuje rozwiązania, mające tę sytuację poprawić. Olga Gitkiewicz do tego tematu podchodzi z mniejszym znawstwem, co przejawia się nie tylko bardziej ogólnymi opisami, ale też obecnością drobnych nieścisłości. To ma miejsce choćby w akapicie o tym, jak codziennie ostatni pociąg z Wągrowca do Czarnkowa wyznacza pobliskim mieszkańcom godzinę, o której bezwzględnie należało kłaść się spać – autorka w żaden sposób nie zaznaczyła, że to doświadczenia z odległej przeszłości, gdyż ostatnio takie pociągi kursowały w latach 80.

W kolejowej części zabrakło mi tego, co jest obecne w poprzednich rozdziałach Nie zdążę, a także nadałoby temu już opracowanemu tematu innego, wartościowego wymiaru – pierwiastka ludzkiego. W rozdziałach poświęconych transportowi drogowemu: kierowcom, pieszym, rowerzystom oraz komunikacji autobusowej Gitkiewicz częściej oddaje głos zwykłym ludziom. O kolejowych doświadczeniach zazwyczaj wypowiadają się pracujący na różnych szczeblach kolejarze, którzy próbują wyjaśnić źródła dramatycznej sytuacji w PKP. Mam wrażenie, że w ten sposób autorka powtarza, wydawałoby się krytykowany przez nią, gest większości kolejarzy, dla których pasażer jest najmniej ważny, wręcz stanowi największe utrapienie dla całej kolejowej infrastruktury. Gdzie są głosy wykluczonych komunikacyjnie wskutek wstrzymania ruchu pasażerskiego? Zostaje przywołany tutaj precedensowy protest mieszkańców gmin na linii łączącej Lubin z Wrocławiem, który wymusił zmiany w realizacji pewnej wizji prezydenta tego pierwszego miasta, ale to jest zaledwie jeden z nielicznych głosów poszkodowanych. W dodatku jest to głos tych, którzy znaleźli się w sprzyjającej sytuacji – w tym momencie mieli realną szansę na wygraną. Gdzie są jednak historie robotników, którzy po zamknięciu fabryki zaczęli pracować w innym mieście, co było możliwe dzięki połączeniom kolejowym, lecz po paru miesiącach i z tej pracy musieli zrezygnować, bo nie mieli jak dojechać?

Pod tym względem więcej takich opowieści towarzyszy opisom (nie)funkcjonowania PKS-ów oraz przewoźników prywatnych. Przesadą byłoby jednak stwierdzenie, że pierwsze rozdziały są przepełnione dramatycznymi historiami ludzi, którzy chcąc nie chcąc, musieli przerzucić się na samochody, jeśli chcieli mieć kontakt z resztą świata, lub nie opuszczają domów. Jest ich wystarczająco tyle, by zasygnalizować problem. Więcej takich osobistych historii znajdziemy w książce Agnieszki Pajączkowskiej Wędrowny zakład fotograficzny – autorka dociera do przygranicznych wsi, gdzie mieszkańcy bez samochodu są skazani na zmotoryzowane dzieci, które raz w tygodniu przywiozą zakupy, ponieważ objazdowy sklep przyjeżdża parę razy w miesiącu, i to pod warunkiem, że pogoda dopisuje – zimą na cotygodniową dostawę chleba nie ma co liczyć.

Gitkiewicz podchodzi do tematu bardziej od strony systemu, który jest wadliwy i należy zmienić, choćby wprowadzając poprawki w kodeksie drogowym – jeden z pierwszych rozdziałów dotyczy niekorzystnych przepisów dla ruchu pieszego. Wadliwe są też same rozkłady jazdy, które zmieniają się kilka razy w roku (PKP), a w przypadku komunikacji autobusowej często o zmianach nie są informowani sami zainteresowani (jeśli na wiacie przystankowej wisi jakiś rozkład, często jest nieczytelny wskutek działań pogodowych lub nieaktualny – trzeba pobrać karteczkę u kierowcy), nie wspominając o licznych adnotacjach do poszczególnych kursów, sprawiający, że zapoznawanie się rozkładem zmienia się we wnikliwe studiowanie. Poza tym zmienić trzeba również myślenie samorządowców, pokazać im, dlaczego warto inwestować w transport publiczny, wyjaśnić, że busiki wożą powietrze nie dlatego że mieszkańcy wolą samochody, lecz nieatrakcyjny rozkład jazdy nie pozwala im w dogodnych godzinach dojechać do pracy, szkoły czy lekarza.

To nie są jednak diagnozy stawiane przez autorkę, lecz wybrzmiewają one w wypowiedziach specjalistów od transportu. Głos autorki „słyszymy” w zapisach osobistych doświadczeń przemieszczania się po Polsce, regionach najbardziej wykluczonych komunikacyjnie. Jakkolwiek bardziej interesujący mógłby tutaj stanowić głos lokalnych pasażerów, te odautorskie wtrącenia uświadamiają, dlaczego wraz z odcięciem od siatki połączeń komunikacyjnych region staje się „końcem świata”, do którego nie zajadą przypadkowi ludzie – dotrą tu tylko mieszkańcy i reporterzy z misją.

Wymowne jest też krótkie podsumowanie blisko dwuletniej podróży autorki, w czasie której przestało działać lub ograniczyło działalność dwanaście państwowych przewoźników autobusowych oraz niezliczona liczba przewoźników prywatnych. To dobitnie pokazuje, że degradacja komunikacji publicznej jest proces wciąż postępującym, a tegoroczna ustawa autobusowa nic nie zmieni, jeśli władze samorządowe wciąż nie wiedzą, po co ludziom potrzebny jest transport publiczny i co stoi za decyzją o kupnie samochodu. Na to ostatnie pytanie znakomicie odpowiada pierwszy rozdział, który moim zdaniem najlepiej ukazuje genezę problemu.

Recenzja ukazała się w „Fabulariach” nr 3/2019

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *