Przyjaźń bez granic (Powiernik królowej, reż. Stephen Frears)

Podstawą do scenariusza stał się przed kilkoma laty odnaleziony dziennik Abdula Karima, który przedstawia dotąd nieznaną historię – jej wszelkie ślady zostały doszczętnie zniszczone przez następcę królowej Wiktorii. Jest to historia niesamowitej przyjaźni przekraczającej granice geograficzne, rasowe, etniczne, kulturowe i między tym, co prywatne a tym, co polityczne. Akcja rozgrywa się pod koniec epoki wiktoriańskiej, kiedy Indie są kolonią brytyjską (aż do 1947 roku), a królowa Wielkiej Brytanii jest równocześnie cesarzową Indii.

Wiktorię poznajemy jako starą, schorowaną i zmęczoną życiem królową, która niczym marionetka jest kierowana przez rząd i służby królewskie. Jedyną jej radością jest jedzenie, które pochłania w ogromnych ilościach (ciekawe, czy naprawdę była taka żarłoczna?), co nie sprzyja jej jelitom i cierpi na zatwardzenie. Zresztą z czego innego może się cieszyć, skoro premier przynosi jej same ponure wieści o problemach państwowych, wojnach, kryzysie gospodarczym czy śmierci ważniejszych dyplomatów politycznych. Radość z życia odeszła wraz z mężem Albertem i sługą Johnem, dwojgiem ukochanych mężczyzn. Niespodziewanie dla władczyni słoneczne dni nadejdą wraz z przybyciem reprezentacji z Indii, która w dowód wdzięczności za okazane wsparcie ich narodowi ma przekazać królowej Mohur. Wśród przybyszy znajduje się przystojny Abdul, który łamiąc zakaz spoglądania na królową, oczarował Wiktorię spojrzeniem, a następnie egzotycznymi opowieściami o jego kraju. W ten sposób rozpoczyna się piękna przyjaźń, która z czasem coraz mniej będzie podobać się pozostałym członkom dworu, czego następstwem będą spiski i działania w celu wydalenia Abdula z kraju…

Dla mnie jest to przede wszystkim ciekawa opowieść o różnicach kulturowych i stereotypowych wyobrażeniach o innych. Na pierwszy plan wyłania się oczywiście rasizm Brytyjczyków wobec ciemnoskórych (choć szczerze powiedziawszy, jacy z Hindusów ciemnoskórzy, wszak do czarnej rasy im daleko) i niechęć wobec mieszkańców skolonizowanych państw. Stereotypizacja występuje też w drugą stronę, co widać już w początkowych scenach filmu, kiedy Abdul wraz z Mohammedem płyną na wyspy brytyjskie. Mohammed przekonuje przyjaciela, że w Anglii nie tylko panuje fatalna pogoda, ale też łamane jest ich tabu dietetyczne – Anglicy wszystko doprawiają krwią wieprzu. Wizja pogody się sprawdza, natomiast jeśli chodzi o kuchnię, jest to temat, któremu warto przyjrzeć się bliżej, bo temu poświęcona jest pierwsza część filmu – kluczowa dla zarysowania różnic kulturowych, a w dodatku najzabawniejsza. Bo chyba takie etapy przechodzi proces utrwalenia pewnych wyobrażeń na temat innych kultury: od niewinnych i zabawnych sugestii podkreślających różnice, które powtarzane się utrwalają i nabierają mocy sprawczej. A ta najczęściej owocuje wypracowaniem fobicznych postaw wobec innych, którzy zaczynają stanowić jakieś urojone zagrożenie. Dlatego też komediowy charakter filmu z każdą minutą przeobraża się w dramat społeczny, który tak naprawdę trwa z nie mniejszym nasileniem aż do dziś.

Skoncentruję się na scenach jedzenia, ponieważ mam wrażenie, że w kinie kuchnia hinduska coraz częściej jest zestawiana z jedzeniem europejskim. W Powierniku królowej sytuacja jest o tyle ciekawsza, że mamy XIX wiek, kiedy smaki odległych regionów świata nie są tak dobrze znane jak dziś. Okazuje się, że cesarzowa Indii nie wie nic o kulturze kulinarnej skolonizowanego kraju, nazwy przypraw brzmią jej obco, a smak nieznanych owoców, o których z wielką pasją opowiada Abdul, może sobie jedynie wyobrazić, bo gdy nawet po kilku miesiącach jej podwładni zdobędą w końcu dla niej mango, okaże się ono zepsute. Egzotyczne smaki, które królowa mogła poznać tylko nausznie, bo ani zobaczyć, ani zasmakować nie zdążyła, jawią się tutaj jako kolorowe i naturalne, działające na zmysły poprzez wyobraźnię.

Abdul i Mohammed, poznając z kolei brytyjskie kulinaria, mieli zadanie o tyle ułatwione, że mogli zaobserwować pracę królewskiej kuchni, a także przeanalizować za pomocą wzroku i dotyku potrawy, których ilość, rytuały i samo istnienie [np. pudding o konsystencji galaretki] budziło w nich zdziwienie. Po pierwsze są świadkami wielodaniowej uczty, która zaczyna się od zupy i przez kilka dań o francuskim brzmieniu wiedzie aż do deseru i kawy. Źródłem humoru tej sekwencji scen jest sama królowa, która mając w poważaniu etykietę zachowania przy stole, jak zresztą wszystkie pełne nadęcia rytuały królewskie, pochłania jedzenie, często rezygnując przy tym z użycia sztućców. Tempo konsumpcji i kolejność podawania gościom posiłków (pierwsza otrzymuje królowa) sprawiają, że goście zdążą zaledwie skubnąć co nieco na talerzu, ponieważ nie mogą oni dłużej spożywać bieżącego dania niż królowa. Jedzenie równocześnie jest na tyle dłużącą się czynnością, że w pewnym momencie monarchini… zasypia. Hindusi z niedowierzaniem obserwują, jak krótki czas jest przeznaczony na konsumpcję, oraz jak talerze pełne jedzenia wracają do kuchni – można stwierdzić, że wysiłek kucharza został niedoceniony. Ale czy tu chodziło o zaspokojenie fizjologicznego głodu, budowania wspólnoty przy stole albo doświadczenie zmysłowo-estetyczne? Ta scena pokazuje absurdalność królewskich rytuałów, za którymi nie stoi nic – totalny obraz próżności, które stanowi znakomite preludium zainicjowanej w tym momencie multikulturowej relacji.

Piękny film, ze świetną grą aktorską (ujmujący Ali Fazal i Judi Dench ze wspaniale wykreowaną dwoistą postać: zmęczona i marudna królowa vs. radosna i młoda duchem kobieta, która ma wielką chęć życia), zdjęciami o żywej kolorystyce i pięknymi kostiumami (wokół których też pojawia się wątek, z którego wyłania się pewna prawda o kulcie tradycji [wyobrażonej]). Powiernik królowej jest ciekawą i niezwykłą opowieścią, która zapewnia widzowi całą gamę emocji od radości do płaczu.

 Ocena: 8/10

Dziękuję za zaproszenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *