Historia Polski w 16 klatkach (Latawiec z betonu – Monika Milewska)

(Jak widać, w 2018 roku literacki temat betonu okazał się dla mnie niezwykle frapujący…)

Jeden z najdłuższych budynków w Europie. Duma peerelowskiego budownictwa. Nowatorska architektura. Gdański falowiec – przeklęty blok mieszkalny, w którym winda zatrzymuje się na wybranych piętrach, niektóre mieszkania nie przekraczają kilkunastu metrów kwadratowych, a mieszkańcy mogą sobie wzajemnie zaglądać w okna. Te fakty prezentują się wystarczająco kuriozalnie, by na nich zbudować reportaż wzorowany na biografii Pałacu Kultury Beaty Chomątowskiej czy powieść, co też Monika Milewska uczyniła.

Kiedy przyszli pierwsi ludzie – rybacy, pasterze i dokerzy – nie wiedzieli, że z dziełem diabła mają do czynienia. Myśleli, że to wiatr od morza tak ten dom pofalował, że wije się w pyle i kurzu budowy. I nazwali go falowcem. I zamieszkali w nim”.

Jej bohaterem stał się inżynier, wielki twórca tego gmachu. O tym, że został znienawidzony przez lokatorów, ma się dopiero przekonać. Tymczasem z dumą podziwia swoje wielkie dzieło, ogląda dyplomy i wyróżnienia, które otrzymał za oszczędne rozwiązania w budowie – wszak ile to deficytowego szkła i metalu zaoszczędzili, nie musząc produkować drzwi do windy na kilku piętrach. „A naród, oszczędzając cenny mechanizm i zrzucając z siebie zbędne kilogramy, stawał się dla państwa coraz mniejszym ciężarem”.

Pewnego czerwcowego, upalnego dnia 1975 roku inżynier, wykorzystując wolny czas urlopowy, postanawia zwiedzić segmenty swojego dzieła, by jeszcze pozachwycać się nad nowatorskimi rozwiązaniami, m.in. otwartej galerii, która miała sprzyjać integracji społeczności lokatorskiej. Już na pierwszej klatce zaskakuje go sąsiadka, która w mieszkaniu trzyma chlew, a na balkonie krowę. W kolejnej z inną sąsiadką ogląda telewizję, gdzie ludzie czekają na przyjazd papieża Polaka, dalej słyszy o wybuchu jakieś wojny… Inżynier, uświadamiając sobie, że każda kolejna klatka przenosi go w odleglejszą przyszłość, jest zachwycony: stworzył dzieło, w którym udało się zakrzywić czasoprzestrzeń. Bohater pokornieje, gdy z czasem coraz częściej słyszy narzekania mieszkańców na warunki mieszkalne: na kiepsko działającą windę, ciasnotę, brak prywatności… Na wszystko, na co można w tych czasach i w takiej przestrzeni narzekać. Poczucie całkowitej porażki osiąga, gdy obserwuje, jacy ludzie tu mieszkają, jak wysokość gmachu ułatwia zadanie samobójcom oraz jak w czasach czytelnikowi już bliższych lokatorzy coraz bardziej zamykają się przed sobą, wstawiając dodatkowe drzwi między klatkami. Jestem odpowiedzialny za wszystko, co tu się dzieje: za włamania, samobójstwa, alkoholizm, alienację, lęk. Myślałem, że tworzę wielkie dzieło, idealną maszynę do mieszkania, a jak doktor Frankenstein stworzyłem monstrum”.

Z jednej strony Monika Milewska podjęła, moim zdaniem całkiem udaną, próbę uchwycenia specyfiki miejsca, jakim jest gdański falowiec przy Przymorzu. Budynek, który jest wręcz esencją peerelowskiego ustroju, gdzie ambitne i dumne idee władzy i jej wyznawcom zmusiły przeciętnych obywateli do zmagania się z kuriozalnymi sytuacjami. Kilka pierwszych klatek, bo to one porządkują treść w powieści, uwypukla najbardziej charakterystyczne zjawiska dla tego okresu.

Wspomniana krowa na balkonie jest znakiem czasów, w których prostych ludzi ze wsi, często wbrew ich woli, przenosi do miast, bo była potrzebna siła robocza. Pływające karpie w wannie u tychże sąsiadów pozwalają zaradzić deficytowi produktów w sklepach w okresie przedświątecznym. W innym mieszkaniu inżynier zauważa mnóstwo książek niedostępnych przeciętnemu Kowalskiemu. Ta biblioteczka należy do cenzora, który nim został, by móc czytać to, co zakazane. Obecny jest też wątek donosicielstwa, którym chcąc nie chcąc para się główny bohater, reprezentujący homo soviectusa – człowieka całkowicie poddanego władzy, przy której wsparciu nawet utrata żony i córek, wyjeżdżających do Bremy, nie wydaje się tak dotkliwa. Inżynier z dużym oporem przyjmuje krytykę wobec swojego dzieła, jak i dającego mu przywileje systemu, którego absurdy falowiec każdego dnia bez skrępowania obnaża. Podróż ta dla inżyniera może okazać się zbawienna, gdy ujrzenie następstw swoich wątpliwych moralnie zachowań skłoni go do zmiany podejścia w pewnych sprawach.

Z drugiej strony Latawiec z betonu przedstawia najnowszą historię Polski (i nie tylko, bo w którym z kolei telewizorze bohaterowie oglądają film akcji z przesadzonymi, ich zdaniem, efektami specjalnymi, w którym walą się dwie wieże) w pigułce. Jest to jednak zrobione przez sportretowanie zwyczajnych ludzi z blokowisk: wieśniaków, naukowców, inżynierów, dresiarzy, cwanych biznesmenów itd., a zarysowane w tle wielkie wydarzenia stanowią tylko punkt odniesienia do przestrzeni czasowej, w jakiej pojawił się w danym momencie bohater. Każdy okres ma swoich typowych reprezentantów oraz znaki, gesty, które go scharakteryzują bardziej niż przełomowe zdarzenia. Mikronarracje mówią tu więcej niż makrohistorie.

Monice Milewskiej udało się to, co nie wyszło Annie Cieplak w Latach powyżej zera, w ciekawą narrację, stanowiącą poniekąd mieszankę powieści z kręgu magicznego realizmu, biografii miejsca i reportażu społecznego, wpleć symbole i ikony (a nie usiłować budować narrację wokół nich) niedawno minionych czasów. Autorka w ten sposób zabiera czytelników w nostalgiczną podróż w przeszłość i ukazuje współczesną Polskę w pełnej rozciągłości historycznej i społecznej, nie akcentując, w przeciwieństwie do wielu innych pisarzy, m.in. Ziemowita Szczerka, naszych narodowych kompleksów, nie przejawiając autorasizmu.

Recenzja ukazała się w „Fabulariach” nr 18/2018

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *