Rozliczyć się z życiem (Ból i blask, reż. Pedro Almodovar)

Premiera 30 sierpnia!

Z nowymi filmami Almodovara jest trochę jak z produkcjami Allena. Zastanawiamy się, czy ci mistrzowie kina postmodernistycznego mogą dzisiaj czymś nas zaskoczyć? Woody Allen w ostatnim miesiącu (W deszczowy dzień w Nowym Jorku) utwierdził nas w przekonaniu, że pozostanie nudziarzem, którego dzieła warto oglądać jedynie z sentymentu i zachwytu nad ich aurą, niezmienną od dziesiątek lat. Almodovar kręci filmy z mniejszą częstotliwością, więc i oczekiwania są większe. Zatem, co nam oferuje Ból i blask?

Przywołanie Allena wzięło się także stąd, że Almodovar tym razem uczynił swego bohatera artystą w czasie kryzysu egzystencjalnego, jednak spowodowanego fizycznym bólem, wskutek którego od wielu lat jest niezdolny do kręcenia kolejnych filmów, z rzadka uda mu się coś napisać. Ból i blask może przywołać skojarzenia także z pokazywanymi kilka godzin wcześniej Pamiątkami Claire Darling, a to ze względu na częste ucieczki od przerastającej rzeczywistości w przeszłość. Wszak Salvador Mallo (znakomicie zagrany przez Antonia Banderasa), nafaszerowany lekami przeciwbólowymi czy przez pewien czas nawet heroiną, coraz częściej przywołuje postać matki i sceny z dzieciństwa. Jak dowiadujemy się po jego rozmowie z Mercedes, która była zaskoczona takim sentymentem przyjaciela do matki – po raz kolejny mamy do czynienia z próbą przepracowania tej skomplikowanej, ale jakże kluczowej u Almodovara relacji. Łatwo zauważyć, że Ból i blask powraca do najpopularniejszych motywów w twórczości reżysera, gdzie niedopowiedziana relacja z rodzicielką przeplata się z cierpieniem.

Z tym cierpieniem wiąże się, jak już wspomniałam, blokada twórcza. Protagonista powraca do swojej produkcji nakręconej trzydzieści dwa lata temu, która weszła do klasyki kina, a która też z perspektywy czasu, zdaniem reżysera, okazała się znacznie lepsza. Ale czy film może się zmienić w naszych oczach, czy to raczej my się zmieniamy? Doświadczenie bohatera – a życie go mocno doświadczyło – zmienia spojrzenie na wiele spraw. Nie mogąc stworzyć nic nowego, poświęca energię temu, co już było. Przypadkiem uda mu się nawet wskrzesić wspomnienie dawnego związku z mężczyzną, któremu poświęcił monodram.

Gdy Salvador wspomina o matczynym zakazie tworzenia autofikcji, czujemy, że Almodovar gra z widzem, przez zaprzeczenie dając znać, że Ból i blask to film w dużej mierze autobiograficzny. Siedemdziesiąt lat na karku i czterdzieści pięć lat twórczości to moment, w którym przyszedł czas na rozliczenie ze swoim życiem i dorobkiem, ale w którym też może dojść do twórczego wyczerpania się. I to wyczerpanie w filmie widać, wszak stanowi on kumulację ogranych motywów, jednak bez iskry świeżości. Zachwyt bohatera nad dziełem sprzed wielu lat jest niczym innym jak odautorskim uznaniem, że złoty okres produkcji już zaistniał i się skończył.

Gdyby dosłownie potraktować to, że Almodovar jest dumny z filmu sprzed trzydziestu dwóch lat, wybór padłby na Prawo pożądania. Być może to słuszna droga, ponieważ w tym świetle nieprzypadkowy wydaje się fakt, że pierwszy film, który wyrywa Salvadora z kryzysu twórczo-egzystencjalnego, nosi tytuł Pierwsze pragnienie (pragnienie i pożądanie w hiszpańskim określa jedno słowo ‘desoe’). Te dwa dzieła łączy również temat relacji homoseksualnej – w Pierwszym pragnieniu protagonista planuje opowiedzieć o swoim pierwszym, młodzieńczym pożądaniu mężczyzny, które doprowadziło do omdlenia. Zresztą Salvador przyznaje dawnemu kochankowi, że mimo iż ten był mocno pogrążony w narkotycznym nałogu, zapewnił mu pełnię życia i przyczyniał się do rozwoju artystycznego. Zatem brak namiętnej relacji i pożądania jawi się tutaj jako źródło niemocy twórczej.

Trudno takich wniosków nie odczytywać jako deklaracji reżysera, który z jednej strony czuje potrzebę rozliczenia się z życiem, ale z drugiej też jakby chciał usprawiedliwić swoje słabsze dokonania. I na ich tle Ból i blask nie wypada źle, jednak nie ma co go porównywać do najlepszych produkcji (a w moim rankingu należą do nich tytuły z przełomu wieków). Tym razem nie doświadczyłam wstrząsu anafilaktycznego, zabrakło pazura z pogranicza surrealizmu i abstrakcjonizmu. Ból i blask jest utworem poprawnym, uładzonym, by nie rzec ulizanym. Trochę przypomina generalne porządki u kresu życia. Oby nie.

Ocena 6,5/10

Tekst ukazał się w Ińskie Point nr 9-10/2019

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *