Wytańczyć marzenia (In the Heights. Wzgórza marzeń, reż. Jon M. Chu)

Gdy aura za oknem zachęca tylko do siedzenia pod kocykiem, dystrybutorzy filmowi oferują gorące klimaty na ekranie. I choć trudno empatyzować z bohaterami, którzy zmagają się z falą upałów i blackoutem, niewątpliwie energia ciepłych i żywych kolorów, wirujących ciał w rytm latynoskiej muzyki rozgrzeje najbardziej zmarzniętych widzów.

In the Heights to jeden z tych ciepłych filmów, który dodaje otuchy i namawia, by podążać za marzeniami mimo przeciwności losu, bo cel okazuje się dużo bliższy, niż się wydaje. Z drugiej strony nie jest pozbawiony gorzkiej refleksji o wykluczonych przez prawo społecznościach, które mimo nawet ciężkiej pracy nie będą mogły osiągnąć celu, np. bez zielonej karty nie można studiować czy zrobić prawa jazdy. Wciąż są prawa, które trzeba wywalczyć. W tej rozśpiewanej i żywiołowej opowieści siła i radość wspólnoty latynoskiej zamieszkującej nowojorską dzielnicę Washington Heights przeplata się z wątkami, które przypominają o niższym statusie tej społeczności, o poczuciu wyobcowania poza nią (przykład Niny, której udało się wyrwać, a jednak porzuca studia i wraca). Aż się robi ciepło na serduszku, oglądając, jak jedną wielką rodzinę tworzy ta społeczność – z innej strony patrząc, trzeba zadać sobie pytanie, czy nie jest to idealizowany obraz z prostym podziałem na wspaniali „my” i źli „oni”?

Warto też zaznaczyć, że mamy tu do czynienia z drugim pokoleniem imigrantów, którego rodzice przyjechali z niczym i stopniowo przez ciężką pracę dorobili się własnych interesów, pieniędzy… Tym zapewnili swoim pociechom relatywnie komfortowego życia, ale to właśnie one będą musiały walczyć o prawa dla kolejnych pokoleń. Jak wybrzmiewa to w dialogu Niny z ojcem – jego pokolenie walczyło o przetrwanie, a córka go przeskoczyła, bo świadoma swoich przywilejów już myśli, jak je wykorzystać w zapewnieniu odpowiedniej przyszłości dla dzisiejszych dzieciaków.

In the Heights nasuwa wiele refleksji, jak każda porządna bajka z morałem – wszak ramą narracyjną jest opowieść snuta przez Usnaviego, który dzieciom przedstawia swoją przeszłość i drogę do spełnienia marzenia o barze na wyspie. Jeśli chodzi o istotną dla tego filmu warstwę muzyczną – przyznaję, że mimo mojej sympatii do latynoskich tańców i muzyki, nie jest to soundtrack, który wpadł mi w ucho, powiedziałabym nawet, że po filmie czułam się wręcz zmęczona. Ale to kwestia mocno subiektywna i wierzę, że ścieżka muzyczna znajdzie swoich amatorów (i to im dedykowane są dodatki na DVD), podobnie jak choreografia – która moim zdaniem nie zaoferowała nic nowego, do czego nie przyzwyczaiły nas filmy muzyczne ostatnich dekad. Musical ten bardziej cieszył moje oczy ciepłymi, może nawet sentymentalnymi kolorami Nowego Jorku (nawet po ciemku, gdy żar słońca zastępował płomień świec) oraz plaży Republiki Dominikańskiej – scenografia obok słodko-gorzkiej opowieści to zdecydowanie najmocniejsza strona filmu.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *